Misja Nr 5: Opalanie natryskowe

Opalanie natryskowe, czyli Airbrush Tanning jest jedną z bezpiecznych metod opalania. Zaletą zabiegu jest natychmiastowy efekt, a cena warta jest rezultatów. Po opalaniu natryskowym skóra jest nawilżona, dobrze odżywiona i w przeciwieństwie do samoopalaczy – nie tworzy ciemniejszych plam na ciele. Zabieg polega na nałożeniu na skórę delikatnej mgiełki opalającej. Preparat brązujący ma właściwości nawilżające, nie powoduje przebarwień ani reakcji alergicznych, a kolor skóry po opalaniu natryskowym jest ciemniejszym odcieniem naturalnego fototypu skóry.

Zaliczyłam to „zadanie” jeszcze na długo przed rozpoczęciem misji Ab Fab, a konkretnie w 2008 roku, tuż przed moją podróżą do Bułgarii. Na szczęście zabieg miałam wykonywany latem, co było o tyle dobre, że w razie czego mogłam ochronić odzież przed ewentualnymi zabrudzeniami. Zamiast długich spodni wystarczyło założyć luźne szorty i bluzkę na ramiączka.
Dzień przed zabiegiem musiałam zrobić depilację i peeling, aby ciało było dokładnie oczyszczone. Rano przed zabiegiem, wzięłam chłodny prysznic, by ujędrnić skórę. Zwykle potem nakładałam na nią lekki balsam nawilżający, lecz tym razem nie mogłam nawet użyć antyperspirantu. Przeczytałam, że przed zabiegiem Airbrush Tanning skóra powinna być czysta i sucha, co oznaczało również to, że musiałam wyjść z domu bez makijażu.
Zanim przekroczyłam próg gabinetu opalania natryskowego, znajdującego się na warszawskim Gocławiu, zadałam sobie pytanie, czy aby na pewno wiem co robię. Uświadomiłam sobie, że w przypadku źle wykonanego zabiegu, dobrania nieodpowiedniego koloru lub niewłaściwej pielęgnacji skóry po powrocie do domu, pozostanę „łaciata” przez dobre kilka tygodni. Z drugiej strony od lat stosowałam różnego rodzaju bronzery i kremy samoopalające, które nie przynosiły zadowalających efektów. Poza tym trudno było aplikować je na całe ciało używając do tego wyłącznie własnych dłoni. „Ryzyk fizyk”, stwierdziłam i z uśmiechem weszłam do salonu.
Pani wykonująca zabieg zaprosiła mnie do specjalnego pokoju wyłożonego folią, a następnie przyniosła folder z próbkami, który wspólnie miałyśmy przejrzeć. W pewnym sensie przypominało to oglądanie próbek materiałów obiciowych w salonie meblowym. W ofercie było wiele odcieni płynów brązujących zaczynających się od Light, a skończywszy na Extreme.  Aby kolor opalenizny wyglądał bardzo naturalnie, należało dopasować go do fototypu skóry. Po zdjęciu ubrania oraz upięcia włosów w kok, założyłam jednorazowe stringi i ustawiłam się na tle ściany. Zabieg, w trakcie którego moja skóra była pokrywana delikatną brązową mgiełką trwał około piętnastu minut. W trakcie nanoszenia preparatu byłam informowana, w którym momencie powinnam się odwrócić, a kiedy stanąć bokiem.
DSCF2299 — kopiaPo wykonaniu zabiegu w żaden sposób nie czułam, aby skóra mnie piekła lub była podrażniona. Moja karnacja była zdecydowanie ciemniejsza niż przedtem, a ciało mocno nawilżone. Kilka godzin później opalenizna była już w stanie zaawansowanym i dzięki Bogu nie wyglądałam jak ciasto marmurkowe. Pamiętałam, aby wstrzymać się z kąpielą na kilka godzin i żeby regularnie nakładać balsam nawilżający. Podsumowując, efekt był taki jakiego oczekiwałam. Żadnych smug i białych plam, równomiernie nałożony kolor, który z godziny na godzinę stawał się coraz bardziej intensywny. Jedyny minus był taki, że moja opalenizna dość szybko „zbladła”, lecz to dlatego że kilka dni po zabiegu zaczęłam regularnie zażywać kąpieli w Morzu Czarnym. Na szczęście promienie słoneczne okazały się w miarę łaskawe dla mojej skóry i przynajmniej nie wróciłam z wakacji bielsza niż w dniu, kiedy na nie wyjechałam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>