Misja Nr 6: Stopa

13487370_1242381929112870_1859628329_nW odcinku „Szpital” drugiej serii serialu „Ab Fab” Edina rani się w stopę i za telefoniczną radą udzieloną przez doktora Phillipa, jej osobistego lekarza, przebywającego wówczas na nartach w Szwajcarii, decyduje się iść do szpitala. Rzecz jasna towarzyszy jej Patsy, która korzystając z okazji postanawia zafundować sobie mały lifting twarzy. Gdy lekarze powiedzieli Edinie, że można wykonać zabieg w znieczuleniu miejscowym, stanowczo zaprotestowała. „Zwariowaliście do reszty?! Czy to Europa Wschodnia? Przecież będę mogła to zobaczyć, a nie brak mi wyobraźni. Żądam znieczulenia ogólnego i leków wspierających.” – krzyknęła, po czym dostała wszystko to czego chciała, łącznie z szampanem i piosenką śpiewaną przez Suzy Quattro. Niestety to tylko serial, w dodatku którego akcja dzieje się w Londynie. Polskie realia wyglądają zupełnie inaczej i choć od czasów PRL-u minęło trzydzieści lat, sytuacje które mają miejsce w szpitalach nadal przypominają sceny z Barejowskich komedii.

Kilka dni temu będąc w domu skaleczyłam się w lewą stopę. Bolało tak, jakby pod skórą pięty znalazł się kawałek drzazgi, siedzący na tyle głęboko, że nie dało się tego wyjąć cążkami. Z początku zbagatelizowałam temat i poszłam na spacer (kulejąc), następnego dnia na basen i jeszcze kolejnego na taniec brzucha. Ktoś by pomyślał, że silna ze mnie babka skoro daje radę chodzić pomimo nieustającego kłucia, ale i głupia zarazem skoro sądzi, że drzazga zostanie wyparta przez ciało podczas snu. Gdy w końcu stwierdziłam, że dłużej nie dam rady chodzić wyłącznie na palcach, postanowiłam iść do szpitala. Decyzja o skorzystaniu z pomocy specjalisty była dobrą decyzją, natomiast złą był wybór Szpitala Czerniakowskiego jako placówki medycznej. W zasadzie nie planowałam wcielać mojego skaleczenia do misji Ab Fab, w dodatku tylko dlatego, że serialowa bohaterka również miała problem ze stopą. Pomyślałam jednak, że skoro prowadzę bloga to opiszę to, co miało miejsce w szpitalu, do którego trafiłam. Absurd całej sytuacji mógłby posłużyć za wzór tragikomedii, ukazującej całą prawdę na temat polskiej służby zdrowia.

„Are you crazy??? Is it Eastern Europe?”

Po przyjeździe do szpitala od razu poszłam do rejestracji, z której zostałam skierowana do „obszaru segregacji medycznej”. Tam szczegółowo wyjaśniłam, że najprawdopodobniej mam drzazgę w stopie i potrzebuję fachowej pomocy medycznej. Sanitariusz zmierzył mi ciśnienie i od razu zdecydował, że powinien obejrzeć mnie chirurg. Wyszłam z pokoju i usiadłam pod właściwym gabinetem. Nie powiem, czekałam zaledwie dwie godziny, co było niczym mrugnięcie okiem, w porównaniu z tym co musieli przejść na przykład pacjenci chcący skorzystać z pomocy ortopedy. Kiedy nadeszła moja kolej, zostałam wezwana do gabinetu chirurga. Dwoje sympatycznych pracowników, czyli pani chirurg i pan pielęgniarz (naprawdę rzadko tacy się trafiają) od razu się mną zajęli. Powiedziałam, że jestem tak przerażona, że chcę narkozę, ale niestety musiałam zadowolić się znieczuleniem miejscowym. Pani chirurg powiedziała: jeśli wytrzyma pani liczenie „jeden, dwa, trzy, cztery” to nie będzie pani czuła bólu. No tak, w brytyjskim serialu dostaje się leki i zapada się w słodki sen. Tu, w Europie Wschodniej, musimy mieć twardy tyłek i nerwy ze stali. Stwierdziłam, że wolę przeboleć igłę niż zabieg wykonywany „na żywca”. Położyłam się więc na brzuchu i wpatrując się w jeden z plakatów medycznych wiszących na ścianie, poczułam straszliwe wbijanie igły w piętę. „Jeden, dwa, trzy, cztery!” – odliczali jednym chórem medycy. „Aaaa! Ałaaa!” – taka była moja odpowiedź. Po chwili stopa zrobiła się zdatna do przeprowadzenia zabiegu. Nie czułam praktycznie nic, choć wyobraźnia podsuwała mi różne rzeczy. Okazało się, że to nie była drzazga, tylko szkło. Zabandażowano mi stopę i odesłano do domu. Jedynym zaleceniem była zmiana opatrunku i oktanisept. Kilka dni później odkryłam, że nie mogę postawić stopy na podłożu. Bolało znacznie bardziej i nie był to ból taki jak przy skaleczeniu. Miałam wrażenie, że za każdym razem, gdy próbuję stanąć na pięcie, przeszywa mnie impuls jakby została rażona prądem. Czyżbym miała uszkodzony nerw w stopie? Niezwłocznie musiałam coś z tym zrobić.

Never-ending line

Kiedy powtórnie zgłosiłam się do chirurga, ten (był to już inny lekarz) z miną zblazowanego bulteriera, spytał czemu nie zgłosiłam się do chirurga w innej placówce. Oznajmiłam, że w trakcie wypisu nie dostałam żadnych zaleceń, ani tym bardziej skierowania na wizytę kontrolą, w razie gdyby zaszła taka konieczność. Rozzłoszczony chirurg szybko odesłał mnie do rejestracji, gdzie następnie zostałam skierowana do tak zwanego „punktu segregacji medycznej”. Do tej pory nie jestem pewna co dokładnie oznacza ten zwrot, ale na pewno nie ma on związku z prawidłową oceną sytuacji i szybkim udzieleniem pomocy poszkodowanemu. Siedzący w pokoju sanitariusz zmierzył mi ciśnienie, które z powodu całej tej sytuacji i tak już było podwyższone. Powiedziałam, że nie mogę postawić stopy na podłożu, czuję ból taki jakbym miała porażony nerw, a na dodatek wczoraj zsiniała mi pięta. Starałam się jak najdokładniej opisać swoje odczucia i zapytałam czy można byłoby wykonać prześwietlenie, aby sprawdzić czy w stopie nie został przypadkiem jakiś kawałek szkła. Facet stwierdził, że nie widzi podstaw do konsultacji ortopedycznej, ani tym bardziej chirurgicznej i skierował mnie do… internisty. „Czas oczekiwania: do sześciu godzin” – powiedział i już wołał następnego pacjenta. Lekko zdegustowana opuściłam pomieszczenie zwane „obszarem segregacji medycznej” i postanowiłam cierpliwie czekać na swoją kolej, łudząc się, że może jest w tym jakiś sens. Na pewno internista zrobi mi morfologię, aby wykluczyć ewentualne zakażenie, które mogło się wdać, debatowałam wierząc, że to było powodem decyzji sanitariusza.

„Jeszcze raz zapuka pani pytając o lekarza, a wezwiemy ochronę”

Po upływie sześciu godzin, wciąż tkwiłam na korytarzu jako jedna z ostatnich pacjentek, podczas gdy co i raz przyjmowano innych poszkodowanych. Moją kartę wciąż przekładano na sam spód. Kiedy już nie byłam w stanie śmiać się, ani płakać, czytać czasopism ani bezmyślnie gapić się na zamknięte drzwi, ruszyłam do boju. „Ile jeszcze będę tkwić na tej poczekalni?! To ma być szpital? To jakiś burdel!” – wrzasnęłam. Jak się okazało, nie byłam jedyną osobą, której nie chciano przyjąć. Jeden pacjent powiedział, że czeka na wejście od piątej rano, a starsza pani zdradziła, że kiedy chciała uzyskać informację od pielęgniarek, kiedy przyjdzie lekarz, te zagroziły, że jeszcze jedno takie pukanie do drzwi, a wezwą ochronę. Po ponad ośmiu godzinach zdającej się nie mieć końca męczarni, ubłagałam personel medyczny, aby pozwolił mi wreszcie wejść do gabinetu. Szefowa pielęgniarek łaskawie wpuściła mnie do środka i kazała leżeć na łóżku. Znowu nikt do mnie nie podchodził. Kiedy przypomniałam im o swojej osobie, pielęgniarka nakrzyczała na mnie, żebym nie zawracała głowy, bo lekarz jest zajęty. W końcu jednak się pojawił. Ucieszona i przerażona zarazem czekałam na ruch z jego strony, lecz on rzekł: „To nie do mnie, skieruję panią do ortopedy.” Nie opiszę słowami tego, co w tym momencie działo się ze mną, bo nie ma na świecie wystarczającej ilości niecenzuralnych słów, które mogłabym tu wymienić. Gdy wstałam z łóżka, jedna z pielęgniarek powiedziała: „Eee, pani jeszcze nieźle chodzi, niech pani weźmie skierowanie do chirurga od lekarza pierwszego kontaktu, bo tutaj to naprawdę przyjmujemy ludzi z ciężkimi przypadkami.” „Chyba wie pani, że na wizytę do specjalisty czeka się bardzo długo. To mam kuleć przez tyle czasu?” – odpowiedziałam. „Każdy musi sobie jakoś radzić” – skwitowała i poszła sobie. Po kolejnej godzinie czekania wysłano mnie na prześwietlenie, które chwała Bogu niczego nie wykazało.

Pozostaje tylko się modlić

Po konsultacji ortopedycznej pielęgniarka na prośbę lekarza zatelefonowała do chirurga i dosłownie ubłagała go, żeby jeszcze na mnie spojrzał. Gdy trafiłam do niego, był jeszcze bardziej zblazowany niż dziesięć godzin temu. W sumie to go usprawiedliwiam, bo dwunastogodzinny dyżur to nic fajnego. Niemniej jego diagnoza była lekko frustrująca: „Nie potrafię pani pomóc. Zawsze ma pani jeszcze drugą nogę. A może samo przejdzie?” Aby jednak mieć czyste sumienie, zrobił mi nacięcie i otworzył ranę (bez znieczulenia), która zdążyła się już zasklepić po poprzednim zabiegu. „Dostanę jeszcze jakiś opatrunek?” – spytałam pielęgniarkę, która nakleiła mi plaster. „To jest opatrunek” – pokazała palcem na stopę. „Przecież to mi się zaraz odklei, proszę to chociaż czymś owinąć” – zasugerowałam. Kobieta wyjęła z szuflady siatkowaną „skarpetkę” i nałożyła mi ją. „Chociaż tyle” – stwierdziłam. „Proszę pani, to jest AŻ tyle” – otrzymałam w odpowiedzi. Po powrocie do domu byłam tak zmęczona, że prawie nic już nie czułam. Finał był taki, że po paru dniach ból definitywnie ustąpił. Nie wiem czy dlatego, że chirurgowi przypadkiem udało się mi pomóc czy zadziałały modły o uzdrowienie. Nie mniej można było uniknąć tej całej ponad dziesięciogodzinnej męki i od razu skierować mnie na konsultację chirurgiczną. Jak dowiedziałam się później pocztą pantoflową, zgodnie z zarządzeniem dyrektora szpitala, trzeba było przejść przez te wszystkie gabinety, aby lekarze mieli co robić. Nie mogą przyjąć zbyt wielu pacjentów, ale musi być widać że pracują bez ustanku. Wychodząc ze szpitala rzuciła mi się w oczy tabliczka z opinią wydaną przez jeden z warszawskich tabloidów: „Szpital Czerniakowski najlepszym szpitalem roku 2008″. Tak sobie myślę, że może już czas zdjąć tę tabliczkę…

1 komentarz

  1. ~Bezebol

    A ja jestem zadowolona z tego szpitala. Ortopeda pomógł mi wiele razy. Okulista również i leżałam tez na neurologii. Było ok. A że na izbie długo. W każdym szpitalu się czeka długo. Można iść prywatnie

    Odpowiedz

Odpowiedz na „~BezebolAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>